Zapiski z ciężkiego i nielekkiego życia czyli jak koegzystować z Piekielną Trójką, Panem Kotem, jego bratem Szatanem, Olusiem Lwie Serce i nie zwariować. Poradnik praktyczny w przykładach.
RSS
środa, 24 czerwca 2009
Kalosze szczęścia
No i stało się... Zalało nam ulicę, drugi dzień pod rząd! Nie żeby to było coś niezwykłego, ot standard wiosenno-letni. Każda większa ulewa to umie, a co dopiero ulewa trwająca całą noc.  Pierwszego dnia jakoś dotarłam suchą nogą do foki, ale dziś rano woda była aż pod klatką schodową. Oczywiście kaloszy ci u nas dostatek, można wybierać rozmiar 25, 31, 33. Mojego rozmiaru chwilowo brak, mogłam więc jako pierwsza siostra Kopciuszka obcinać palce albo jako druga siostra obcinać piętę, ale zdecydowałam się na spacer boso. Wyszliśmy z Młodym z klatki, Isi, dziecię przezorne, w obuwiu gumowym oraz ja w elegenckiej sukience, z gołymi nogami w szpilkach, dzierżąc w ręce, oprócz torebki, ręcznik kąpielowy. Uszłam trzy kroki i błagając w duchu Boga żeby sąsiedzi mieli akurat ważne sprawy z daleka od okien, zdjęcłam buty i pogrążyłam się do pół łydki w brudnej kałuży. Foka stała smętnie mając wodę do połowy kół, wydech jednak dumnie sterczał nad powierzchnią. Klnąc w duchu szłam dzielnie, a Pierworodny idący obok miał setny ubaw... Otworzyłam fokę pilotem.

- Wskakuj! Filip! Słyszysz!!! warnknęłam na rozbawionego Młodego

- Nie mamo, poczekam, chcę zobaczyć jak ty wchodzisz do auta. mściwie oświadczył Fifi, Padalec jeden, przy aucie było najgłebiej...

Wsiadłam od strony pasażera i mieląc obelgi przesiadłam się na miejsce kierowcy, powycierałam nogi, Isi zmienił kalosze na normalne buty i pojechaliśmy do przedszkola....

Nauczona tym doświadczeniem zakupiłam dziś kalosze w moim rozmiarze, ostanie jakie były w sklepie. Czarne. W fioletowe kwiaty... Będę teraz szyku zadawać na ulicy. Tylko jakoś przestało padać...
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11